Przewiń treść

Album Renesansu. Mantua. Kościół San Andrea za fasadą jak łuk tryumfalny

Kościół pw. św. Andrzeja w Mantui w końcu XV w. zachwycał największym sklepieniem kolebkowym wzniesionym od czasów starożytności

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Zaprojektowaną przez Albertiego fasadę kościoła w formie rzymskiego łuku triumfalnego można oglądać jedynie z bliska lub pod kątem. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Zaprojektowaną przez Albertiego fasadę kościoła w formie rzymskiego łuku triumfalnego można oglądać jedynie z bliska lub pod kątem. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Florencja. Kościół San Lorenzo. Do tej ściany miała być dobudowana fasada projektu Michała Anioła. Nigdy to jednak nie nastąpiło. Fot. Jerzy S. Majewski
Florencja. Kościół San Lorenzo. Do tej ściany miała być dobudowana fasada projektu Michała Anioła. Nigdy to jednak nie nastąpiło. Fot. Jerzy S. Majewski

W miastach włoskich aż roi się od wspaniałych, renesansowych świątyń, których fasady nigdy nie zostały ukończone. Tak jest na przykład we Florencji w przypadku słynnego kościoła Medyceuszy San Lorenzo. W środku wybitne dzieło renesansu, na zewnątrz zaś tępa ceglana ściana, która miała być zasłonięta fasadą. Zachował się jej model wykonany z drewna i przypisywany Michałowi Aniołowi (ok. 1517) .

Nie ukończone są też fasady kościołów Albertiego. Tempio Malatestiano w Rimini (po 1446 r.) i San Sebastiano w Mantui. Budowę tego ostatniego Alberti rozpoczął w roku 1460. Jednak najbardziej chyba lubię patrzyć na potężne nieukończone mury zewnętrze bocznej elewacji innej świątyni projektowanej przez Albertiego w Mantui. Równie słynnego, co San Lorenzo kościoła San Andrea.

Alberti nie miał  najmniejszych szans na ujrzenie zrealizowanego projektu. Zmarł zaledwie dwa lata po rozpoczęciu budowy, które miało miejsce w roku 1472. Po śmierci mistrza budowę poprowadził jego asystent Luca Fancelli, stając przed mnóstwem problemów, w tym posadowieniem fundamentów. I on nie zakończył budowy.

Prace przy wznoszeniu świątyni ślimaczyły się aż do XVIII w. Wystarczy jednak stanąć przed lewą, boczną elewacją świątyni od strony urokliwego placyku Albertiego (urządzonego w miejscu średniowiecznego klasztoru benedyktynów), by się przekonać, że tak naprawdę nigdy nie zostały one ukończone. Nie jest to jednak nudna, tępa ściana z jednym zamurowanym oknem, jak ma to miejsce w przypadku S. Lorenzo we Florencji. Dzieje się tu bowiem bardzo wiele i to skali nieomal cyklopiej. Jest potężna arka, jak w fasadzie głównej kościoła San Andrea. Zaś ponad wszystkim wznosi się zaczątek ogromnego, wymurowanego tylko do połowy i tak pozostawionego w cegle szczytu. Ujmują go po bokach dwa ogromne spływy wolutowe – też nieukończone w surowej cegle.

Gdy fotografowałem tę pełną surowości elewację, natychmiast nasuwały mi się skojarzenia z kościołem św. Antoniego Padewskiego w Chorzowie, wzniesionym wg projektu Adama Ballenstedta.  Budowa przypadła na pierwszą połowę lat 30. XX w., kiedy to Polska pogrążała się w kryzysie gospodarczym. Rezultat – szczyt ucięty w połowie, kamienne elementy o rozmiarach dla olbrzymów silnie kontrastujące z surową, nieotynkowaną cegłą.

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Elewacja boczna od dzisiejszego placu Albertiego też miała uzyskać formę łuku triumfalnego. Nigdy jednak nie została ukończona. Fot. Jerzy S. Majewski.
Mantua. Bazylika San Andrea. Elewacja boczna od dzisiejszego placu Albertiego też miała uzyskać formę łuku triumfalnego. Nigdy jednak nie została ukończona. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Fragment nieukończonej elewacji bocznej z wymurowana niszą. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Fragment nieukończonej elewacji bocznej z wymurowaną niszą. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Nieukończony spływ wolutowy w bocznej elewacji. Fot. Jerzy S. Majewski.
Mantua. Bazylika San Andrea. Nieukończony spływ wolutowy w bocznej elewacji. Fot. Jerzy S. Majewski

Wróćmy jednak do Mantui, tego małego, lecz absolutnie zjawiskowego miasta, które przez kilka stuleci było stolicą niewielkiego księstwa (hrabstwa), rządzonego przez rozmiłowany w sztuce ród Gonzagów (1328-1708).

Jak to w średniowieczu, jego początki związane są z kultem relikwii. Każdy kraj, księstwo, miasto, ba, każdy klasztor i kościół chciał się pochwalić kolekcją świętych relikwii, które miały otaczać je nimbem świętości i wyjątkowości.

Mantua  miała relikwie Przenajświętszej Krwi Chrystusa. Były jej największym duchowym skarbem. Miał je przywieźć do Italii rzymski centurion św. Longin (Longinus), ten sam, który na Golgocie w Jerozolimie przebił lancą bok rozpiętego na krzyżu Chrystusa. Nagle nawrócony Rzymianin zebrał ziemię nasączoną krwią Chrystusa i gąbkę użytą do napojenia przybitego do krzyża Zbawiciela. Wszystko to przewiózł do Italii. Z obawy przed profanacją miał relikwie ukryć w ołowianej kasetce i zakopać w miejscu, gdzie dziś wznosi się kościół San Andrea.

Rzecz jasna o relikwiach zapomniano na dobre kilkaset lat. Aż do czasów Karola Wielkiego, kiedy zostały rzekomo odnalezione. Ich autentyczność potwierdził papież Leon III (ten sam, który koronował Karola Wielkiego w 800 r.), który na zaproszenie cesarza przybył do Mantui. Relikwie z potwierdzoną autentycznością otrzymały relikwiarz, ale sto lat później znowu je zakopano i znowu zaginęły. Tym razem na ich ponowne odnalezienie czekano krócej, gdyż do roku 1048.

(Zagadką jest dla mnie los gąbki. Rzekomo autentyczna, przechowywana jest do dziś w bazylice Laterańskiej w Rzymie).

Zarówno w pierwszym, jak i drugim cudownym odnalezieniu swą rolę odegrał święty Andrzej. Otóż za każdym razem przyśniwał się on jakiejś osobie, wskazując miejsce ukrycia relikwii. Za drugim razem szczęściarzem był niewidomy, pełniący wcześniej służbę na dworze rodu Canossa.  Obudzony, bezbłędnie wskazał miejsce ukrycia. I tym razem dla potwierdzenia autentyczności relikwii pofatygował się do Mantui papież Leon IX. Nie dość, że potwierdził on autentyczność kropli krwi, to jeszcze relikwie chciał zabrać ze sobą do Rzymu, co tak rozsierdziło mieszkańców miasta, że musiał się ukryć i chyłkiem uciec z Mantui.

Inny z papieży, Pius II, poeta i humanista zasiadający na tronie w latach 1558-68 oświadczył, że relikwie te wyleczyły go z artretyzmu, czym zamknął usta wszelkim niedowiarkom.

To dla przechowywania tych relikwii już w IX wieku miała stanąć tu pierwsza świątynia, a potem kolejna. Obok zaś w roku 1037 rozpoczęto budowę wspomnianego już klasztoru benedyktynów.

Gdy w 1472 r. Alberti przystępował do budowy nowego kościoła, zapewniał, że chce stworzyć budowlę, w której lud odnajdzie miejsce dla ujrzenia i odpowiedniej adoracji Przenajświętszych Relikwii Krwi Chrystusa. Architekt tworzył projekt na zlecenie rządzącego wówczas Mantuą margrabiego Ludwika (Lodovico) III Gonzagi, tego samego, którego wizerunek możemy zobaczyć w mantuańskim pałacu książęcym na fresku Andrea Mantegni.  Lodovico dał Albertiemu wolną rękę, zaznaczając jedynie, że kościół ma stać się sercem miasta i być godnym wielkich relikwii.

Nie zamierzam w tym miejscu zanudzać analizą architektury budowli, dostępnej chyba w każdej książce o sztuce włoskiego renesansu. Zwrócę tylko uwagę na kilka szczegółów. Po pierwsze, fasada zawsze oglądana w ostrym skrócie perspektywicznym. Alberti potraktował ją jako swego rodzaju odrębny twór stanowiący powtórzenie formy rzymskiego łuku tryumfalnego. Dziś rozwiązanie to nie zaskakuje, ale u schyłku XV stulecia było wyjątkowe i chyba czytelne dla mieszkańców miasta. Do świątyni z Przenajświętszymi relikwiami wkraczamy przez łuk tryumfalny. Kryje się za tym oczywiście symbolika.

Jak zwraca uwagę Peter Murray w książce „Architektura Włoskiego Renesansu”, istniejąca fasada jest zgodna z założeniami Albertiego tylko do wysokości przyczółka. Rzecz jasna, realizowana była już po śmierci architekta przez innych budowniczych.  Pisał o tym Vasari w swoich Żywotach Najsławniejszych Malarzy, Rzeźbiarzy i Architektów. „Alberti miał duże szczęście posiadając przyjaciół, którzy pragnęli i umieli jemu służyć. Ponieważ architekci nie mogą być zdani na siebie, najważniejszym ich pomocnikiem jest zawsze wierny i oddany wykonawca, a nikt tego nie wie, jak ja z długiego doświadczenia” – pisał.

Sama budowa przechodziła rozmaite koleje. Jednak fasada i nawa wraz ze sklepieniem gotowe były już w 1494 r.  Gdy podchodzę do portyku zachwyca mnie jego nieprawdopodobny renesansowy detal: groteski  wykonane z najwyższym kunsztem, kasetony i rozety w sklepieniach kolebkowych. Wkraczając na schody świątyni nie mam żadnych wątpliwości, że tu w Mantui, podobnie jak w położonej za górami Florencji już w XV stuleciu rodził się i kwitł renesans.

 

Mantua. San Andrea. Detal kandelabru na pilastrze portalu w formie łuku tryumfalnego. Sama nazwa grotesek wzięła się od dekoracji odnajdywanych w XV i XVI wieku w starożytnych podziemiach czy też grotach. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Detal kandelabru na pilastrze portalu w formie łuku tryumfalnego. Sama nazwa grotesek wzięła się od dekoracji odnajdywanych w XV i XVI wieku w starożytnych podziemiach czy też grotach. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Kolebkowe sklepienia z kasetonami w przedsionku utworzonym przez fasadę w formie łuku triumfalnego. Tutaj doskonale widać inspiracje Albertiego architekturą antyczną. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Kolebkowe sklepienia z kasetonami w przedsionku utworzonym przez fasadę w formie łuku triumfalnego. Tutaj doskonale widać inspiracje Albertiego architekturą antyczną. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Bazylika San Andrea. Kolebkowe sklepienie z kasetonami w przedsionku. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Kolebkowe sklepienie z kasetonami w przedsionku. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Sama nawa zrealizowana wg projektów Albertiego od razu zdradza jego inspirację architekturą antycznego Rzymu. Nakryta jest sklepieniem kolebkowym, szerokim na ok 17 m. z malowanymi kasetonami. Jak zwraca uwagę Murray, było to zdecydowanie największe i najcięższe sklepienie kolebkowe, jakie wzniesiono od czasów rzymskich.

Istotnie wywiera ono tak piorunujące wrażenie, że po przekroczeniu głównego wejścia z ust wydobywa się okrzyk zaskoczenia, tym bardziej, że wnętrze to jest o wiele wyższe niż się spodziewamy, przechodząc przez arkadę łuku tryumfalnego w fasadzie. Dzięki ogromowi sklepienia wnętrze jest jednoprzestrzenne (nie licząc ramienia transeptu), nie podzielone żadnymi podporami. Wzrok ogarnia w jednej chwili całość i biegnie ku ołtarzowi.

Budowa tak ogromnego sklepienia musiała sprawiać wykonawcom wiele problemów. Zostały one przezwyciężone zgodnie z planami Albertiego, którzy zrezygnował z budowy naw bocznych. Zamiast nich, podobnie jak w termach Dioklecjana, wprowadził po bokach gigantyczne przypory. Tak wielkie, że w ich wnętrzach wydrążono na przemian małe i duże kaplice, nie osłabiając przy tym konstrukcji. W końcu XV stulecia rozwiązanie absolutnie nowatorskie. Tak nowoczesne, że blisko 200 lat później, w epoce baroku chętnie wykorzystywali je budowniczowie wielkich świątyń jezuickich.

Stojąc w nawie dostrzegamy też potężny snop światła wlewającego się do wnętrza przez okna w tamburze wielkiej kopuły. Kopuła ta powstała już w latach 1732-82 wg projektu Filippo Juvarry. Wzniesienie kopuły oznaczało praktycznie zaprzestanie większych prac architektonicznych. Nadal jednak wykańczano wnętrza zachwycające dziś bogactwem wyposażenia. Swoje „trzy grosze” dorzucił tu w XVI w. także Giulio Romano, malując freski w kaplicy San Longino i m.in. wznosząc w 1529 r. marmurowy grobowiec Pietro Strozziego. Dodajmy, że w kościele pochowany jest też wielki mantuański malarz Andrea Mantegna.

Trzeba też wspomnieć tu o samych relikwiach Przenajświętszej Krwi, z powodu których ta fascynująca budowla w ogóle powstała. Ampułki z nią trafiły do dwóch waz wykonanych przez Celliniego, a ostatecznie zrabowanych na początku XIX w. przez Austriaków. Dziś są to kopie waz. Na widok publiczny ampułki wystawiane są w każdy Wielki Piątek, co spisuję z przewodnika, gdyż nigdy w Wielki Piątek nie byłem w Mantui.

Zwiedzając kościół i stojąc w transepcie zwróćmy się na lewo, by bocznym wyjściem dostać się na placyk Albertiego. Stąd widać poruszającą skalą, nieukończoną elewację boczną. Patrząc na nią warto przypomnieć słowa Vasariego w zakończeniu opisu żywota Leona Battisty Albertiego (w tłumaczeniu Karola Estreichera): „Należał Leon Battista do najświetniejszych ludzi, o nienagannych obyczajach. Był przyjacielem znakomitych mężów. Swobodny i uprzejmy z każdym, żył szanowany jako godna osoba, jaką był w istocie przez całe życie. A w końcu w podeszłym wieku przeniósł się szczęśliwie i spokojnie do lepszego życia, zostawiając po sobie sławne imię”.

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Widok wnętrza od wejścia. Pierwszym wrażeniem jakie odnosimy jest ogromna, jednoprzestrzenna nawa. Choć w końcu XV w. nie było jeszcze kopuły, transeptu i prezbiterium to wnętrze i tak musiało wywierać piorunujące wrażenie. Dziś z góry spływa olśniewający snop światła spod kopuły. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Widok wnętrza od wejścia. Pierwszym wrażeniem, jakie odnosimy, jest ogromna, jednoprzestrzenna nawa. Choć w końcu XV w. nie było jeszcze kopuły, transeptu i prezbiterium, to wnętrze i tak musiało wywierać piorunujące wrażenie. Dziś z góry spływa olśniewający snop światła spod kopuły. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua Bazylia San Andrea. Dekoracja na płycie renesansowej ambony. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Dekoracja na płycie renesansowej ambony. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Podniebienie kopuły wystawionej w latach 1732-82 wg projektu Filippo Juvarry. Architekt wzorował się na kopule Borrominiego bazyliki S. Andrea delle Fratte w Rzymie.
Mantua. Bazylika San Andrea. Podniebienie kopuły wystawionej w latach 1732-82 wg projektu Filippo Juvarry. Architekt wzorował się na kopule Borrominiego bazyliki Sant’Andrea delle Fratte w Rzymie. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua. Bazylika San Antonio. Anioły wymalowane w zwieńczeniu kopuły przez Paolo Pozzo. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Anioły wymalowane w zwieńczeniu kopuły przez Paolo Pozzo. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Zewnętrzy widok tamburu kopuły. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Zewnętrzny widok tamburu kopuły. Fot. Jerzy S. Majewski

 

Mantua. Bazylika San Andrea. Scena z męczeństwem św. Andrzeja w sklepieniu prezbiterium. Fot. Jerzy S. Majewski
Mantua. Bazylika San Andrea. Scena z męczeństwem św. Andrzeja w sklepieniu prezbiterium. Fot. Jerzy S. Majewski

Tagi

art deco barok Belgia Berlin Białoruś brzydota Budapeszt Cinque Terre cmentarz design Florencja funkcjonalizm Gdańsk Gdynia gotyk II wojna światowa infrastruktura miejska Italia kamienice Katowice kicz kościół Kraków malarstwo mała architektura modernizm nowe inwestycje odbudowa pałace Podróże Pomorze Powstanie Warszawskie Poznań renesans Rosja Rzym secesja sztuka ulotna wakacje Warszawa Wielkanoc wieżowce Wizytki wrzesień 1939 Łódź